Księga wspomnień
A tu bywam
tu zaglądam ona3 ona2 ona1 mattkapolka zycie-jest-snem bo-zupa-byla-za-slona forever-together lizard-king rof zapach-snu zniszczona-nadzieja
zdjęcia Wojtuś pasowanie na przedszkolaka DOMOWE ANDRZEJKI Urodzinki Adka i Krychy 2011 Be My Walentine 2011 słoneczna kuchnia Roczek Hanulki :) nauka pływania pierwsze Świętaw Naszej Powiększonej Rodzinki szaleństwa ostatkowe wakacje 2009 Mała Królewna Dzień Matki 2009r. Rodzinny grill 24.05.2009r. Osiągnięcia Niuniaka Moja Rodzinka Hania w pieluszce korekcyjnej impreza Aleksowa styczeń 2009 r. brzuchate zdjęcie- luty 2009 kwiaty we włosach Norge 2007 ostatki 2007 Pusia pierścionek zaręczynowy 26.11.2007 r. samochód Aleksa plaża przed domem :) IX 2007 r. buźka :))) Gdańsk- Jelitkowo 15.09.2007 r. truskawy weekend- okolice Kętrzyna 5-6 maja 2007 r. spacer me&Adek 17 maja 2007 r. pajączek autoportret weekend nad morzem Trójmiasto 21-22 kwietnia 2007 r. pocztówki wielkanocne wielka sobota -„święconka” wielki piątek- moja pocztówka z pisankami para idealna :)) ślub i wesele Marty i Sławka kwiatu na dzień kobiet Adek i jego żaba- pole biwakowe Sylwester w Brukseli Andzia przed urodzeniem Michasia lasencje przed disco grupa z terapii zajęciowej
piosenki Way back into love
MOJE PRZEPISY żołądki drobiowe w sosie koperkowym kuleczki ziemniaczane muffiny z żurawinami blok
uśmiechnij się żaby koniki zawsze razem tantra flowers sia la la... ba! no własnie... rodzynek a to chomiki :)
sztuczne serce pajacyk blog
|
2012-01-08 09:35:13
601.
Sylwestra spędzaliśmy Rodzinnie w domku: ja, Mżonek, Hania, Wojtuś i Babcia Ircia. Wbrew pozorom było bardzo miło i przyjemnie. O północy wszyscy (poza Babcią) poszliśmy na podwórko strzelać petardy i pić szampana. Po fajerwerkach przyszli do nas sąsiedzi i zrobiliśmy sobie dyskotekę w garażu. Wojtek spał jak to niemowlak w wielkim huku czyli snem niezmąconym. Pimpek – nasz piesek – omal nie dostał zawału od huku wystrzałów. Zwiał do garażu i schował się pod samochód. Mżonek nabzdryngolił się jak sztacheta i po powrocie do domu zamęczał opowieściami Babcię Ircię o tym jak mu źle i że zabierze nas do Norwegii i w końcu będzie wspaniale. Ech… chciałabym, ażeby w końcu przestał walczyć z moimi Rodzicami. Tzn. przestał cicho z nimi walczyć, bo ogólnie jest dla nich miły i w ogóle, ale non stop na nich nadaje. A Oni przecież mimo wszystko robią bardzo dużo dobrego dla nas wszystkich.
Pierwszego dnia Nowego Roku Mżonek nawiał do sąsiadów (mieliśmy iść tam razem) i żłopał wódę z Adasiem. Ja dołączyłam do nich dopiero jak wstali Rodzice i mogli zająć się Wojtkiem. Siedzieliśmy tam ponad dwie godziny. Po powrocie Mżonek padł (zasnął) i duł tak cały dzień i noc a ja spędzałam miły dzionek z Dzieciakami. W sumie nawet z Hanuśką było nam razem bardzo fajnie. Bawiłyśmy się razem świetnie. Heh… obiecałam też sobie, że na pewno nie będę ryczeć przez Mżonka i chociaż miałam na to wielką ochotę to nie spłynęła mi z oczu nawet jedna łezka. Jaki pierwszy dzień taki cały rok – kufa niezła wróżba ;p
Pierwszy tydzień mija nam wesoło – rodzinnie. Sprzątam, piorę, gotuję, naciągam Mżonka na zakupy (sama kasę oszczędzam na projekt). Generalnie nie jest źle.
Wczoraj dałam Mżonkowi wychodne co by się odstresił na wiosce. Sama siedziałam z Dzieciakami. Dziś jedzie po Niego Adaś naszym samochodem (wczoraj Go zawiózł). W zamian za to zaklepałam sobie, że Mżonek przez dwa tygodnie zmywa gary. Hehehe… Sprawiedliwość na tym świecie musi być.
Za tydzień (w sobotę) będzie choinka z mojej pracy. Jak co roku przygotowałam Hance strój wróżki – księżniczki. Wojtuś zostaje w domu. Nie wiem tylko czy sama pojadę, bo Młody nam troszkę podchorował. Ma srakę jak ta lala – odparzona dupka, ropieje mu oczko i dokucza mu straszny katar (takie zielone gile z nosa).
We wtorek – środę Mżonka musi załatwić ubezpieczenie samochodu. Zaczął chodzić do dentysty. Szok… Wyprztyka się na maksa z kasy, ale czas najwyższy zrobić porządek z zębami.
Zmykam do kościoła, bo mi żyć Starzy nie dadzą. Jest 9.30 jadę na 10 ale już Oboje na zmianę poganiają mnie jak licho.
Życie jak w Madrycie.
skomentuj (0)
2011-12-30 17:53:58
600.
Moja Rodzinka :)))
skomentuj (0)
2011-12-29 11:54:57
599.
Święta i po świętach.
Mżonek wrócił. Wnerwia mnie niesamowicie, ale póki co
sprawuje się nie najgorzej. Zajmuje się Hanulą a ja Wojtusiem (podział
obowiązków rodzinnych). Młoda zaczęła nam buntować się przeciwko Bratu, jednak
po wczorajszej sesji Mama-Córa (bawiłyśmy się, uczyłyśmy, etc.) trochę się
uspokoiła. Mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej. Generalnie
Nula bardzo dobrze podchodzi do Braciszka. Pomaga nam w kąpielach, pomaga
przewijać (podaje pampersy i puderek – jej bardzo odpowiedzialne zadanie).
Jestem z niej bardzo dumna.
Wróćmy jednak do Świąt. Wigilia czteropokoleniowa – Babcia Ircia,
moi Rodzice, Martucha z Rodzinką, Paweł no i My. Uwielbiam takie klimaty – huk,
hałas, wrzawa, wszyscy kłócą się z wszystkimi, ja drę japę na gówniarstwo, ale
jesteśmy wszyscy razem. Cieszę się, że mam taką dużą Rodzinkę. Kocham Ich
wszystkich. Przy okazji chcę podziękować Mojej Wspaniałej Sis za poprasowanie
góry ciuchów. Ja nie miałam na to siły, a Ona dzielnie latała żelazkiem po
szmatkach. Kocham Cię Sis. Jesteś Wielka :))
Życzenia przy opłatku jakieś takie prędkie – umierałam z
głodu więc jedyne na co było mnie stać to wesołych świąt i rozumu i spokoju.
Hehehehe… No a po nich prezenty. Dzieciaki zaglądały do komina, co by jeszcze
Mikołaja dogonić (chłopaki nie wierzą w Mikołaja, bo podsłuchali na mojej niani
elektronicznej jak gadaliśmy o podmiankach prezentów, etc. z resztą Adek jest
już dość duży więc samoistnie przestaje wierzyć – trochę to smutne, bo człowiek
chciałby całe życie wierzyć, no ale cóż - taka kolej rzeczy).
Od pierwszego dnia świąt moc odwiedek. Przeżyłam prawdziwy
szok, bo zawitał do Nas nawet mój Dziadek. Razem z Babcią Sasią w czerwcu
skończą po 90 lat, dziadek co miesiąc ląduje w szpitalu na zapalenie płuc, już
masę razy wybierał się na „tamten świat” a tu suprise. Przyjechał zobaczyć
kolejnego prawnuczka (nie muszę chyba mówić, że Dziadek u nas był ostatnio jakieś
10 lat temu). Poza Dziadkami zjechali się też Wujowie Brat Mżonka z Rodziną a
po Świętach jeszcze kolejni goście. Trochę pomęczyły nas te wizyty, bo przy
dwójce maluchów, zwłaszcza że przy okazji ciągle była cała chmara innych
dzieciaków, w chałupie był siwy dym, ale ogólnie jestem bardzo zadowolona.
Teraz jeszcze w styczniu odwiedki ludzi z pracy no i moich Psiapsiólek i wsio.
Maluszek dalej cichutki i spokojny (tfu tfu). Patrząc na
Niego ogarnia mnie taki spokój i miłość jakich w życiu nie czułam. Dziwne to.
Hankę kocham ponad swoje Zycie, a Wojtusia równie mocno jednak miłości do Nuli
musiałam się nauczyć, a ta do Młodego przyszła sama z siebie. Kładę go sobie na
brzuchu i gapię się jak głupia. Wdycham Jego zapach i odpływam. Nie da się
opisać tego uczucia.
Ostatnie trzy dni
spędziłam na załatwianiu papirologii – PZU, rejestracja Malucha, becikowe,
przychodnia (musiałam zrobić pełne badania – morfologię, wskaźnik białka CRP,
żelazo – ze względu na to, że w szpitalu po infekcji Małego nie zbadali też mnie). Juro odbieram wyniki,
ale póki co czuę się nieźle. A no właśnie. Najbardziej kręci mnie fakt, że w
ciąży przybrałam 6 kg, a od razu po porodzie zrzuciłam 12 kg. Jeszcze dycha i
będę laska jak sprzed lat ;)
Dziś Mżonek porwał Córę i pojechał na wioskę (znaczy się
jedzie w tej chwili, bo przed wyjazdem nazlecałam mu masę spraw do
załatwienia). Ja za to mam czas na sprzątania, prania, prasowania i
długąąąąąąąąąą kąpiel. Tzn. taki mam plan. Sprzątanie poza odkurzaniem
wykonane. Pranie wstawione. Zostało prasowanie, odkurzanie, zmywanie garów i
kąpiel. Na 17.00 zaś Mżonek zażyczył sobie obiadokolację – pomidorówka,
schabowe, sałatka pomidorowa, ziemniaki. Hehe… Zmieniam się w domową kurę.
Masakra.
Dostałam właśnie smsa z sieci internetowej, że zaraz neta mi
zabiorą do 16 więc kończę, bo muszę wrzucić notkę.
Sylwek w domu więc pewnie będę jeszcze pisać.
skomentuj (0)
2011-12-21 23:13:32
598.
Moje Kochane Słoneczka były dziś tak wspaniałe, że Babcia zajęła się
Nimi z przyjemnością a ja w tym czasie wyrwałam się na zakupy do
galerii. Kupiłam choinkę, kilka zaległych prezentów, żarcia pod kątem
świątecznych odwiedek, zaleciałam do tepsy, bo znów mamy awarię telefonu
(zgłosiłam usterkę), odwiedziłam aptekę. Wszystko to w ekspresowym
tempie 1,5 godz. Trochę się zmachałam, ale ju jest ok.
Odwiedziny położnej całkiem niezłe. Nachwaliła Dziobasa, Hanula skakała
nad nią, ażeby i ją wychwaliła. Generalnie wizyta całkiem udana. Mało
tego, okazało się, że moje obawy odnośnie pęknięcia szwów (wczorajszy
powód mojej nerwicy) są bezpodstawne, bo szwy rozpuszczalne mają
wypadać. Zonk... dlaczego nikt wcześniej mi o tym nie powiedział???
Dumam i dumam nad przewrotem w życiu. Strasznie będzie mi szkoda Hanuli
przedszkola. Ona tak bardzo je kocha a i ja jestem nim zachwycona. Co
robić mam???
Dzwoniłam dziś zgłosić Wojtusia do żłobka i wychodzi dupa. Chyba...
Podobno do żłobka w mieście zgodnie z "ustawą" mogą uczęszczać wyłącznie
dzieci z miasta. A moje to kurwa nie??? Muszę dodzwonić się do mojej
gminy, tyle że tam cały dzień nikt nie odbierał telefonów.
Zgłoszenie dziecka do USC musi nastąpić najpóźniej 14 dni od daty porodu. Nam wypada 25.12.2011 r. a więc kolejny dzień po. Nie lubię zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę, ale do zgłoszenia potrzebuję dowodu Mżonka więc nic z tego i tak bym nie załatwiła.
Tato jutro ma zawieźć moje zaświadczenie do pracy ażeby naliczyli mi wymiar urlopu macierzyńskiego. Obliczałam sobie tak pi razy oko, że łącznie z urlopem powinnam posiedzieć w domu do końca czerwca. Potem zobaczymy co dalej...
Budżet domowy i spadam spać... Kasowo jestem na ogromnym minusie. No cóż, święta idą...
skomentuj (0)
2011-12-21 13:14:03
597.
skomentuj (0)
2011-12-20 23:41:35
596.
Powoli ale to bardzo powoli zaczynam wracać do życia. Fizycznie co prawda czuję się całkiem nieźle, ale psycha siadła mi na całego.
SYNUŚ - WOJTUŚ - urodzony 11.12.2011 r. godz. 3.35 - waga 3450 g, wzrost 56 cm, obwód główki 33 cm :))
Poród - totalny horror, ale na szczęście bardo krótki w sumie do szpitala pojechałam dopiero o 22.30 a nawet nie miałam skurczów. Na miejscu zadziałał stresior i skurcze same się zaczęły. Bolesne jak cholera a położna darła się, że to nie porodowe i nie pozwoliła mi, żeby Wiki przyjechała ze mną rodzić. Akcja porodowa zaczęła się 3.15 i trwała całe 20 minut. Brrrr... trauma okrutna.
Na szczęście, kiedy już trzymałam maluszka na rękach, poczułam się jakbym trafiła do raju. Wygląda jak aniołek :) Zakochałam się od pierwszego spojrzenia.
10 dni w szpitalu - Niuniak miał wysoki wskaźnik białka CRP (norma 0-5, On miał 14,5). Mój Maluszek dostał 4,5 dniową dawkę antybiotyku i na szczęście w domku jesteśmy już zdrowi. Sam pobyt w szpitalu to też z grubsza trauma - nuda, przewrażliwona sąsiadka z łóżka obok, Starzy, którzy nie chcieli przywozić mi Hanuli (ale na szczęście przywozili). Plus z tego wszystkiego dostrzegam taki, że spędziłam z Wojtusiem "sam na sam" kilka wspaniałych chwil, tak bym mogła pokochać Go jeszcze mocniej.
Odpukać w niemalowane - puk puk puk - Maluszek jest bardzo grzeczny. Ciągle śpi, je, śpi, je. Zupełnie inaczj jak z Hanulą. Nawet gdy się zbudzi raczej nie płacze, tylko grzecznie sobie leży i rozgląda się dookoła. Ciężko mi się do tego przyzwyczaić, ale za to cieszę się masą wolnego czasu (w tym gorącym okresie jakże cennego).
Ze szpitala wyszliśmy wczoraj. Dziś odwiedziła nas pediatra - Wojtuś dostał skierowanie na badanie bioderek, receptę na szcepionkę oraz zalecenie stosowania witaminy D oraz K. Dla mnie Pani Doktor zbadała gardło (cały pobyt w szpitalu miałam zapalenie krtani), kazała przyjść we wtorek po świętach do przychodni i zrobić pełną morfologię i wskaźnik białka CRP (jak u Wojtusia), ażeby sprawdzić czy aby sama nie ma jakiejś infekcji poszpitalnej. W ogóle wizyta ta była bardzo miła. Pani Doktor zbadała Małego, trochę pogadałyśmy o bzdurach i pojechała dalej.
Jutro szykuje mi się wizyta położnej - do niej mam już więcej pytań związanych z karmieniem, pielegnacją i własną i Małego, etc. Muszę pospisywać sobie gdzieś na kartkę, ale to już jutro rano.
Święta już tuż tuż. Kris wraca na dniach (w samą Wigilię). Ciężko lekko żyć. Mąż szykuje mi małe tornado w życiu osobistym, ale o tym już kiedy indziej, bo padam z nóg.
skomentuj (2)
2011-12-10 16:16:46
595. pasowanie na przedszkolaka
vvvvvvvvvvv
skomentuj (0)
|
Moje wspomnienia
2012 styczeń 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2010 grudzień listopad październik wrzesień czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec kwiecień luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty
|